SZYCIE

Morela szyje – czyli moje (nie)pierwsze spotkanie z maszyną

arka radom 888 - morela szyje

Stało się. W morelowej pracowni pojawił się nowy sprzęt. Bardzo chciany i jeszcze bardziej wyczekany. Nie potrafię opisać, jak bardzo cieszyłam i bałam się jednocześnie. Wszak, to ogromne wyzwanie, na które odpowiadam: WCHODZĘ W TO!

Morela szyje – jak do tego doszło?

Jest wysoce prawdopodobne, że gdyby nie splot pewnych wydarzeń, wszystko potoczyłoby się inaczej. A może jednak nie?

Morela pamięta jak przez mgłę, że kiedyś na takim sprzęcie podwijała spodnie, a czasem stworzyła jakiś uszytek bez konkretnego zastosowania. Nie było tego dużo, ale wystarczyło, by chęć szycia i posiadanie własnej maszyny przetrwały. Pracując w hurtowni tkanin, myśl odżyła na tyle, by popychać Morelę w kierunku zakupu maszyny. Takiej swojej, na własny użytek, do domowej pracowni. Nosiła się z tym zamiarem przez niemal rok.

Dzisiaj maszyna ma swoje miejsce i tylko czeka, aż ktoś ją porwie do… szycia!

Morela szyje – co to będzie?!

Po dość długiej przerwie morelowe zamiłowanie do rękodzieła powróciło z podwójną siłą. W maju Morela obchodziła drugie urodziny bloga. Obchodziła, to mało powiedziane. W pędzie życia, zupełnie o nich zapomniała. Że to był intensywny rok w domowej pracowni, to powiedzieć mało. Że wymagający? Też nie to słowo. Trudny? Zależy jak na to spojrzeć. Dlatego dzisiaj Morela cieszy się, że nie zdecydowała się porzucić bloga, a po prostu działać według swoich możliwości. Wiecie, na miarę. Nie mniej, nie więcej. Na miarę. A teraz niech Morela sama Wam opowie więcej!

Morela szyje – pierwsze chwile przy maszynie

Czwartek. Telefon. Kurier. Przyszła maszyna! Wielkie pudło otwieram po pracy. Czuję wielką radość i niedowierzanie. Wyciągam maszynę na stół. Jest piękna! Przeglądam małe upominki od UltraMaszyny. Bez zastanowienia odpalam aplikację na telefonie i po raz pierwszy wrzucam relację do fejsbukowego fanpejdża. Cieszę się i zaczynam się bać. Siadam, biorę instrukcję do ręki i powoli nazywam w myślach części składowe maszyny. To jest naprężacz, tutaj znajduje się bębenek. Chcę od razu zapamiętać je wszystkie, ale przez emocje, nie udaje mi się. Jeszcze raz. To jest naprężacz, tutaj… Czas upłynął! Do łóżka, bo jutro do pracy. W piątek, w piątek wszystkiego się nauczę!

Dobrze, że chociaż telefonem zdążyłam uwiecznić pierwsze minuty maszyny w domowej pracowni! 🙂

Istotnie, piątkową noc poświęciłam na naukę budowy maszyny, pierwsze nawlekanie igły i nitki w bębenku. Przetestowałam wszystkie ściegi i uznałam, że czas na praktyczną naukę – uszyję prostą torbę na zakupy!

Stara torba, służąca za model, była już mocno sfatygowana, dlatego samodzielne stworzenie nowej było idealnym pretekstem do sprawdzenia maszyny (i moich umiejętności również :P) Już w sobotę powstała pierwsza torebka – z materiałów zakupionych w sobotni poranek w lumpeksie, aby „w razie niepowodzenia” nie było wielkiej straty 🙂

Dodatkowo znalazłam w czeluściach Internetu tutorial z cyklu „Jak uszyć …?” i za nic w świecie nie potrafiłam go zrozumieć. Dopiero kiedy coś wychodziło spod maszyny, wiedziałam, że zrobiłam to dobrze, albo źle.

Oczywiście, więcej było tego „źle”: krzywo, nierówno, dziwnie przyszyte, ale ważniejsze było to, że maszyna i ja poczułyśmy do siebie miętę.

W tym miejscu, chciałam mocno podziękować Pani Jak – Agnieszce, której doświadczenie w szyciu znacznie mnie przerasta i która tworzy nieziemskie uszytki (nie mogę się doczekać własnego worko-plecaka od Pani Jak), ale dzięki niej nie zniechęciłam się! Mało tego w końcu zrozumiałam, jak wszywa się podszewkę. Agnieszka dziękuję <3 Przy okazji, Pani Jak pracuje teraz nad nową odsłoną swojego jakowego bloga, ale możecie podejrzeć jej prace na FB tutaj.

EDIT: Pani Jak już ma nową stronę >>klik<<

No i sami zobaczcie, jak ta pierwsza morelkowa torebka wyglądała 😀

Mogę Wam powiedzieć tyle, że w czasie urlopu powstała kolejna torebka. Ale o niej opowiem Wam w kolejnym wpisie! <3